Dolina Białej Wody
Wyjazd był tzw. szybki. Prognozy głosiły załamanie pogody w całym kraju. W Jankach odbyliśmy krótką naradę czy jedziemy w prawo (Hejszowina), czy w lewo (Tatry). Pafnucy skręcił w lewo...
Chyłkiem przemknęliśmy przez Suchedniów (postój u Włodara byłby super, ale ICM obiecywał jutro okno pogodowe do ok. 14-tej). Około 22 zameldowaliśmy się na Palenicy. Przepak worów, głaskanie burego kocura (przypałętał się mrucząc jak traktor) i ruszyliśmy. Po północy rozbijamy namiot na Polanie pod Wysoką. Żarcie wędruje na drzewo (nie zjedzą go lisy, a niedźwiedzie wejdą na drzewo a nie do namiotu) a my do śpiworów. Pobudka, przepak, przeniesienie namiotu na Tabor, śniadanko, kawa i defekacja. Gotowi wyruszamy. Białą wodę forsujemy brodem na wysokości taboru. Zimna. Potem jak pisał wieszcz Cywiński "Pierwotnym lasem przecudnej urody" pod ścianę. Nad nami Zachód Birkenmajera - dopiero z niego startuje właściwe wspinanie. Na zachód wprowadza mokry, cieknący i pionowy komin. Pamiętając opowiadanie Paszcza z Azero, wiążemy się i wprawdzie w adidasach, ale napieramy. Komin jest regularnie czwórkowy, a spływający nim wesoły strumyczek i ogloniona skała wywołują radość z faktu, że się związaliśmy.
Pierwszą wspięliśmy drogę Kowalewskiego. Nie była zbyt trudna. Kilka szóstkowych wyciągów, kilka piątkowych. Asekuracja dobra. W kilku miejscach krucho - trzeba uważać. Schemat zamieszczamy w galerii. Prawdziwa przygoda zaczęła się od kociołka podszczytowego. Najpierw Pafnucy długo szukał wyjścia na grań (schemat podajemy w galerii), potem już z lotną na pik. Na piku byliśmy po 17-tej. Było fajnie. Wierzchołek Młynarczyka jest bardzo eksponowany. Pafnucy znalazł stanowisko zjazdowe. Kontemplujemy, jemy, pijemy, dzwonimy. Relaksik. Około 18-tej rozpoczynamy zjazdy. Wprawdzie w artykule Piotrka Michalskiego w Górach było coś o ucieczce ze zjazdów "VO2max"-em w "Szewską Pasję", ale nie znalazłem stanowiska od tej ostatniej i kontynuowaliśmy zjazdy "VO2max". Było nieźle. Lufa większa niż na Kazalnicy, czy na Cima Grande. Aby dostać się do stanowiska trzeba się przepinać przez okapy w zjeździe. Na dodatek załamała się trochę pogoda. To że lina "wisiała" poziomo od wiatru tak nie przeszkadzało jak to, że wicher odchylał od pionu także mnie przez co miałem poważne problemy z dostaniem się do stanowisk. Żeby było śmieszniej zaklinowała nam się lina. Trochę czasu zeszło ze ściągnięciem. Mokrzy od deszczu i wysmagani poziomującym linę zefirkiem straciliśmy z oczu stanowiska od "VO2max" i kontynuowaliśmy zjazdy. Około 22.30 z lekko zrytą psychą, mokrzy i zziębnięci stanęliśmy pod ścianą. Pierwotny las przecudnej urody dał nam troszkę popalić w zejściu. Potem tylko sforsować strumień i byliśmy na taborze. Sobota była zimna jak cholera - i dobrze. Restowaliśmy, palilismy ognisko i spożywaliśmy (także "Morawską śliwowicę" - antydepresant przywieziony przez skiturowców z Czech). Niedziela po zimnej nocy przywitała nas ciepłem i ładną pogodą. Ruszyliśmy na "Lewy Filar" Młynarczyka. Pech jednakowóż nas dopadł. Najpierw camalot nr 1 wpełzł był w szczelinę jeszcze na dojściu na Zachód Birkenmajera (40 minut w plecy), a później wbiłem się niechcący w "Diagonalkę" i dziwiłem bardzo, że to VI takie trudne (było VI, ale i A1). Z prawie 3 godzinami opóźnienia wbiliśmy sie we właściwą drogę. Nie szło jak z płatka oj nie. Pierwszy wyciąg był wymagający, dosyć trudny (VI) i niestety z wielkoformatową kruszyzną. Po przejściu go zryło mi beret i następny piękny, piątkowy wyciąg prowadziłem jak drewniany pajac. To wszystko sprawiło, że około 14-tej okazało się, że do piku mamy jeszcze 5 wyciągów. Wprawdzie nietrudnych (max V+), ale jeśli dodać do tego zjazdy i konieczność zejścia do Palenicy - wychodziłoby na to, że w Warszawie zameldujemy się w poniedziałek około 7 rano. Po krótkiej dyskusji zjechaliśmy. Lewy Filar poczeka.
Podsumowując: Wschodnia ściana Młynarczyka jest wspaniała. Prawdziwe górskie wspinanie, to czy zrobisz drogę czy nie to nie tylko kwestia zadania z krawądki. Wierzchołek wynagradza wszelkie trudy. Takiej lufy nie ma na Zerwie...
>>